O autorze
Inspirator i motywator personalny , trener biznesu i coach. Praktyk - zanim odkrył swoją pasję czyli pomaganie ludziom w odkrywaniu swoich możliwości, pracował w wielu firmach na różnych stanowiskach. Obserwował procesy zachodzące zarówno w instytucjach rodzinnych, jak i w wielkich korporacjach.

Dzisiaj, mając wiedzę i doświadczenie, udaje mu się pomóc swoim klientom zrozumieć mechanizmy rządzące zarówno "wielkim firmowym" światem jak i tym "mniejszym prywatnym". Specjalista w dziedzinie szeroko pojętej zmiany. Testując swoje autorskie programy i stosując się do ich reguł, udało mu się za ich pomocą zrzucić 32 kg w 137 dni i do tej pory utrzymywać wagę. Optymista i "roznosiciel" dobrej energii.

Tematyka bloga to: motywacja, inspiracja, psychologia sukcesu i osiągnięć, zarządzanie zasobami ludzkimi, zarządzanie czasem, autoprezentacja. Teksty, które mają pobudzić czytelnika do zmiany i pracy nad sobą. Pracy, która będzie sprawiała przyjemność i pozwoli rozwinąć w sobie nadspodziewane możliwości.

Panie Wojciechu Mannie - czas na bieganie !!!

Ostatnio jest głośno o akcji Polskiego Radia Trójka "zachęć Manna do biegania". Jako, że sam byłem kiedyś "słusznych" gabarytów postanowiłem swoim przykładem zachęcić pana Wojtka do zmiany... i biegania.

Panie Wojciechu Mannie - czas na bieganie !!!

Proszę się nie poddawać, nie słuchać wampirów energetycznych, którzy chcą zabrać Panu motywację do biegania tylko posłuchać mojej historii, która pokazuje, że bieganie jest też dla Pana.

Nazywam się Michał Harnik i jestem trenerem biznesu/coachem oraz trenerem personalnym. Od kilku lat przekazuję ludziom informacje dotyczące rozwoju osobistego, ale dopiero od niedawna udowadniam swoją osobą, że to, o czym mówię to nie tylko słowa… Historia mojej zmiany udowodniła, szczególnie mnie samemu, że to, o czym do tej pory tylko mówiłem ma rzeczywiste przełożenie. Oto moja krótka historia:



W dzień matki 2014 roku zerwałem dwa wiązadła w stawie skokowym i torebkę stawową. Miałem dłuuuugą przerwę w życiu zawodowym. Po 6 tygodniach po operacji rekonstrukcji stawu skokowego, po zdjęciu gipsu stanąłem na wadze i… brutalna prawda do mnie dotarła – 117 kg to naprawdę dużo. Myślałem: „Jesteś trenerem – pokazujesz ludziom metody i sposoby przeprowadzania zmian w swoim życiu – zrób to sam! Zmiany tworzy się od razu! Nie czeka się na nie, samemu się je tworzy i to JUŻ!” Nie było to proste – to o czym od lat mówię nie było oczywiste. PODJĘCIE DECYZJI było cholernie trudne. Dobrze mi było „być grubym” – można było jeść w każdej chwili, jeść to co się chce – bez żadnych ograniczeń i zakazów. W lipcu zrobiłem badania okresowe i okazało się iż mam mocno podwyższone ciśnienie, za wysokie trójglicerydy i zbyt wysoki cholesterol. Te fakty nie zmotywowały mnie jednak do zmiany stylu życia. Dla mnie takim „kubłem zimnej wody” był moment, kiedy siedziałem u wujka na Mazurach przy grillu i przez kolejne trzy dni zepsułem (tylko siedząc) trzy krzesła stojące przy stole (byłem za ciężki na lekkie stołowe krzesła). Czwartego dnia zobaczyłem wujka, który ciągnie (nie mógł go podnieść) przez podwórko ciężki fotel (w stylu Ludwika XVI). Okazało się iż jest to moje nowe siedzisko – tego mebla moja masa nie będzie w stanie zepsuć. I właśnie w momencie kiedy usiadłem na tym fotelu poczułem, że to jest moment mojej przemiany, że teraz moja potrzeba przyjemności (jedzenia bez ograniczeń) została zastąpiona inną potrzebą przyjemności (szczupłego ciała i wszystkich korzyści z tego płynących), a przyjemność jedzenia bez ograniczeń stała się dla mnie negatywną emocją, która została automatycznie wyparta przez mój umysł w momencie podjęcia decyzji.

W momencie podjęcia decyzji okazało się, iż synowa wujka jest dietetykiem (Basia wielkie dzięki za pomoc – polecam najlepszą dietetyczkę w Polsce, która odchudza również on-line: www.karmnik-zdrowia.pl ) i skoro podjąłem decyzję o zmianie mojego życia chętnie mi pomoże. 01.08.2014 rozpocząłem proces zmiany. Zmieniłem sposób żywienia, przestałem pić piwo, zacząłem pić dużo wody i wprowadziłem wiele zasad, które miały mi pomóc osiągnąć wymarzoną wagę, a co za tym idzie zmienić swoje życie. Miałem do zrzucenia 32 kg. Mocno wierzyłem, że mi się uda. Znajomi różnie reagowali na moją decyzję, większość akceptowała zmianę, jednak pojawiali się tacy, którzy nie potrafili zrozumieć dlaczego tak się chcę męczyć – przecież i tak jak schudnę to przytyje dwukrotnie. Moja determinacja jednak nie pozwoliła mi na zmianę decyzji, a każdy kilogram „w dół” dawał mi niesamowitego kopa.

Po podjęciu decyzji wpadła mi w ręce książka Christophera MacDougalla „Urodzeni biegacze”. Mówi się, że kiedy podejmiesz decyzję to cały świat podświadomie działa na Twoją korzyść i tak było też tym razem. Książka nie opowiada o superbohaterach, którzy mają nadludzką moc – latają jak Superman czy strzelają pajęczą siecią jak Spiderman, opowiada o ludziach takich jak my, którzy ciężką pracą na treningach, jasnych celach, determinacji, konsekwencji, odwadze, głupocie i spełnianiu marzeń osiągnęli nadludzką moc w bieganiu długich dystansów (160-200 kilometrów bez odpoczynku). Książka „Urodzeni biegacze” uświadomiła mi, jeszcze dobitniej, że nie ma rzeczy niemożliwych.



I tak, powoli zmieniałem swoje życie. Po 41 dniach ważyłem 100kg. Po 2 miesiącach ważyłem 97kg. 15.12.2014 roku – po 137 dniach nowego życia osiągnąłem upragnioną wagę !!! 85 kilogramów !!! Moje życie nie tylko się zmieniło ze względu na dietę, zacząłem uprawiać karate (z moim synem i córką) i regularnie biegać. Wiem, że już nigdy nie wrócę do „starych” nawyków.

Stałem się bardziej wiarygodny też jako trener. Opowiadając swoją historię, łatwiej moim klientom zrozumieć prawdziwość słów przeze mnie wypowiadanych, mechanizmów rządzących nami i sposobów radzenia sobie ze zmianami.

W moje urodziny 20.12.2014 zacząłem biegać. Stwierdziłem, że spróbuję bo nie chcę przytyć, wrócić do poprzedniej wagi i starych nawyków. I gdzieś z tyłu głowy miałem i mam cały czas bohaterów książki „Urodzeni biegacze”. Moje motto życiowe właśnie wtedy się wykrystalizowało i brzmi: „Nie szukaj bohaterów, bądź jednym z nich”. Pierwszy ciągły bieg, bez zatrzymania czy spaceru był ciężki – 5 kilometrów w 45 minut.

Dzisiaj wiem, że ubrałem się za ciepło (biegłem w kurtce zimowej, a na dworze było 8 stopni na plusie). Postanowiłem jednak, że nie zrezygnuję, będę biegał do końca stycznia i jak nie zaskoczy to zrezygnuję. Przez 10 dni stycznia przebiegłem 30 kilometrów i … zaskoczyło. Styczeń – 60 kilometrów, luty – 80 kilometrów, marzec – 100 kilometrów … sierpień 200 kilometrów i na koniec 2015 roku na liczniku stanęło 1400 kilometrów biegiem. W 2015 roku wziąłem też udział w około 10 zawodach biegowych na 5 i 10 kilometrów oraz 2 półmaratonach. Moje czasy regularnie się poprawiały i z 45 minut na 5 kilometrów udało mi się w najlepszych zawodach przebiec 5 kilometrów w 23 minuty, a 10 kilometrów w 52 minuty. Półmaratonu najlepszy czas to 2,05 godziny, Wiem, że jest nad czym pracować i cieszę się z każdej poprawy i każdej sekundy lepiej. W 2015 wziąłem udział też w jednym biegu terenowym z przeszkodami i znowu wsiąkłem. Dzisiaj jest 13.04 i jestem po dwóch Runmageddonach i jestem zapisany na 5 kolejnych biegów terenowych z przeszkodami. Dodatkowo biegnę w maju w biegu Rzeźniczka po górach (27 kilometrów) i we wrześniu w Krynicy 34 km po górach. Moim celem na ostatni kwartał tego roku jest maraton. Od początku roku zacząłem poważne przygotowania. Bieganiem zaraziłem rodzinę, biegaliśmy całą rodziną ostatnio w biegu „Policz sie z cukrzycą” na WOŚPie w naszym Tarnobrzegu, razem z dziećmi przeszliśmy przez Runmageddon w Zabrzu. Bieganie stało się moją pasją do tego stopnia, że od marca zostałem trenerem Biegam Bo Lubię w moim mieście Tarnobrzegu. Na zajęciach pojawia się od 20 do 40 osób i czekamy na więcej. W planach mam teraz organizację kilku biegów (terenowych i miejskich).



Moja osoba udowadnia dobitnie, że Wojciech Mann nie jest skazany na izolację biegową i wszyscy Ci, którzy nie wierzą w pana Wojtka mogą się mocno zdziwić. Tak sobie myślę, że znam dwa rodzaje biegania: bieganie z głową i bieganie bez głowy. To pierwsze wiąże się ze świadomym, odpowiedzialnym podejściem do sportu, które uwzględnia stan zdrowia przyszłego biegacza - czyli jego wagę, sytuację kardiologiczną, możliwości wydolnościowe itd. Bieganie w pierwszej fazie przygody z tym sportem to głównie chodzenie (też oczywiście według możliwości przyszłego biegacza). Zaczyna się np. od 5 minutowego marszu, delikatnej rozgrzewki, przecież ruch to zdrowie - dla każdego. Akcja "Zachęć Manna do biegania" ma za zadanie pokazać ludziom nie tylko zabawną, absurdalną stronę tego zagadnienia, ale ma też pokazać, że każdy może się zmienić - w tym przypadku przez bieganie. I wiem o czym mówię, Miałem to samo. Zacząłem powoli, od chodzenia, i wraz ze spadkiem wagi zacząłem przyspieszać. Dopiero po spadku 32 kg wziąłem się za bieganie na dłuższych dystansach i w zawodach i "odpukać" biegam już 1,5 roku bez kontuzji. Dlatego nie odradzajmy nikomu biegania, tylko dopingujmy i pomagajmy w samozaparciu i konsekwencji w działaniu, Powodzenia panie Wojciechu, nie ma rzeczy niemożliwych, a zmiany zaczyna się od razu. Uczeń zapytał kiedyś mistrza: „Mistrzu ile będę musiał oczekiwać na zmiany?”. Mistrz odpowiedział: „Jeżeli chcesz oczekiwać, to długo.” Dlatego trzeba podjąć decyzję tu i teraz i od razu działać. Nie ma „za tydzień”, „jutro”, „od nowego roku” czy „pierwszego dnia wiosny”. Zmiany zaczyna się od razu i skoro ja mogę i pan Wojtek może to każdy może !!! Powodzenia.
Trwa ładowanie komentarzy...